negatywy dnia, klisze słów, komentarze współczesności...
RSS
piątek, 11 maja 2012
Targowisko warszawskie
Tym razem drugiego dnia 
z ucieczką, gdy zaczynało być tłoczno
i już bardzo duszno…

Z planowanych zakupów przede wszystkim
WIERSZE i PROZA 1954-2004
Thomasa Tranströmera
(w przywoływanym tu wierszu
delikatne zmiany dokonane przez tłumacza L. Neugera
– wolę wcześniejszą „czasoprzestrzeń” od „odstępu czasu”).
Wiem, że długo będę do tej poezji wracać,
ma dla mnie wszystkie odcienie świata
i ciszę… medytacji.

Z żalem patrzę na inne tytuły,
bo wiem, że muszą poczekać na czas.

A w opowieści o "Wypalaniu traw" W. Jagielskiego
niepozorna kartka w kratkę…


16:16, alleksandra.r
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 maja 2012
(Nie) obiektyw (nie)

.

..

...

21:06, alleksandra.r
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 06 maja 2012
Medea-material
Suknia miłości mojej drugiej strony 
tak mniej więcej brzmiał wers,
na który zwróciłam uwagę, bo wreszcie
był bardziej poetycki i mniej bolesny…
Nawet gdy losy eurypidesowej Medei i Jazona są znane,
trudno w tym tragicznym monologu zrozumieć wszystko.
Bo TO NIE JEST MEDEA
TO SĄ MATERIAŁY DO MEDEI

Cały spektakl sprawia wrażenie happeningu,
zdarzenia, które właśnie się tworzy
i może w każdej chwili zostać przerwane.
 
Obecność reżyserki na scenie, postaci granicznej,
(piszącej farbą „komentarze”, stającej za kamerą,
ustawiającej figurki-symbole)
chwilami wydaje się demiurgiczno-kantorowska.
Ale to teatr wielopłaszczyznowy, który nawet w treści
łączy różne przekazy:
od mitu do współczesnej kondycji kobiety,
od tragedii jednostki do bratobójczych wojen etnicznych.

W tej operowej inscenizacji muzyka staje się tłem,
a głos Medei (Heather Buck)
niemal równoważy się z dzianiem scenicznym.

Barbarze Wysockiej znów udało się udramatyzować materię opery.
Proste zabiegi, takie jak głos z offu, projekcje zdjęć,
bezpośrednie użycie kamery
nie są naddatkiem technicznym tylko „naturalnym” procesem.

To są aktorzy, to jest świat kreacji…
Ubóstwo rekwizytów wzmacnia odczucia…

W tej zadymionej, szarej przestrzeni,
gdzie nie ma ruin, trupów, bomb, zagłady,
zarazem jest wszystko – są emocje.

To ogromna siła tego trudnego / mocnego
przedstawienia. Siła bardzo dobrego teatru.


13:13, alleksandra.r
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 maja 2012
obserwacje bliskiego pejzażu
tak jakoś niepiśmiennie, 
a tu już jabłoń śnieży białymi płatkami,
tulipany przekwitły, szafirki wychudłe od słońca,
niezapominajki – coraz większy błękit
i bez w bez-czasie majowym…
14:06, alleksandra.r
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 kwietnia 2012
uratowane kino i Pra(h)ga festiwalowa
Podobno dzisiejszy gość 
3. Festiwalu Nowej Muzyki Żydowskiej
to najjaśniejsza gwiazda tej edycji (The Sway Machinery),
ale niestety nie skonfrontuję :)

Wczorajsza zaś muzyka żydów z Jemenu
(polsko-światowa premiera płyty)
w całości nieprzekonująca.
Brakowało mi emocjonalnego pogłosu orientu,
harmonijności w rozmowie,
klarowności potrzebnej mniej zorientowanemu słuchaczowi.
Każdy z muzyków jest znakomitym Artystą.
Razem byli dla mnie… krzykiem indywidualności.
Dlatego poszłam za Michaelem Zerangem
i jego mistrzostwem różnorodnych instrumentów „perkusyjnych”.

W podwójność koncertów wpisany jest kontrast.
Także żywiołów.
Kabbalach” uskrzydlił publiczność :)
Wizerunkowo, wirtuozersko,
wokalnie i wariacko
WSPANIALI !!!

www.kabbalah-music.net



11:59, alleksandra.r
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 kwietnia 2012
Płynąć słowami
Jechałam w korkach. 
Przestrzeń izolowana
trąbką Chrisa Bottiego
i wypełniona „Gondolą żałobną”
Tomasa Tranströmera.

„Kartki księgi nocnej”
nie potrafiłam odwrócić.
Odcisnęłam w pamięci,
która powtarza, przenika,
rozpoznaje i coraz bardziej rozumie:

Nocą majową zszedłem na ląd
w chłodną poświatę,
gdzie trawa i kwiaty były szare
a zapach zielony.

Posuwałem się w górę zbocza
nocą-daltonistką,
a białe kamienie
przesyłały sygnały księżycowi.

Czasoprzestrzeń
długości kilku minut,
szerokości pięćdziesięciu ośmiu lat.

A za mną
po drugiej stronie ołowianych wód
było drugie wybrzeże
i ci, którzy władali.

Ludzie z przyszłością
zamiast twarzy.


Przekład Leonarda Neugera, wydanie II, poprawione
(w tym wierszu na stronie 5 smutna literówka),
Oficyna Literacka 2011
18:05, alleksandra.r
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
z daleka... a może z bliska
Na Chłodnej jeszcze nie noc. 
Bruk pod kołami samochodów
jak po deszczu.
Dwa „yorki” (biały i czarny)
w oczekiwaniu pod sklepem
poszczekiwały...

Ktoś kontemplował ławkę
w samotności.

Świecił nieistniejący most...

Na Chłodnej już noc
i widok z daleka jest piękny.

W dusznej sali drobna migracja osób.
Jego „Wiliego” miało przecież nie być.
A jednak to ona, Anka –
współbohaterka kilku obrazów olejnych
i scen z życia codziennego w Polsce –
dźwigała ciężar rozmowy.

To ciągłe dlaczego... (?)
ta troska o odbiór na prowincji,
te zaczepki o festiwalowy dywan, itd.

Z poematu filmowego
mogło niewiele zostać
A L E
są Prawdy, Ludzie
i Sztuka, która Ocalając
ocala i Nas.


20:39, alleksandra.r
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 marca 2012
wybrane
kolejny tydzień bez właściwego komputera,
a do tego inne niespodzianki przypominające,
jak dziwnie się funkcjonuje w pod-psutym świecie...
Stąd ten bardzo intensywny kulturalnie miesiąc
przemyka w blogowej ciszy.
 
Wybrane
1.
Odkrycie kinokawiarni na Stacji Falenica.
W jej herbaciano-towarzyskich klimatach,
zmierzenie się z kilkoma wyjątkowymi filmami. 
Pozostaję pod wrażeniem obrazu (z natury filmowego,
z duszy – artystowskiego) Anki i Wilhelma Sasnalów.
2.
Wokół dzienniki i reportaże... Prawdziwą przyjemnością
okazały się opowieści z Indii Pauliny Wilk
czyli „Lalki w ogniu”
(bestseller wart uwagi!)
3.
Tyle przegapionych okazji, braku biletów albo czasu,
zdecydowania niepełnego i... wreszcie
wybrałam się na koncert Comy
(a Palladium gwarantuje niezłą jakość).
Mają MOCną energię,
oddaną (i bardzo zróżnicowaną) publikę,
nieokiełznany żywioł muzyczno-słowny.
Jeszcze bardziej ich lubię :)
4.
Po „Turandot”, której nie potrafiłam zdefiniować (także tu),
„Latający Holender” – kolejne dzieło reżyserskie
Mariusza Trelińskiego – już całkowicie mnie rozczarował.
Założenia były wspaniałe i na scenie jest
filmowo,
nastrojowo,
ascetycznie
i oczywiście – jest też 70 tys. litrów ciepłej wody.
 
Muzyka Wagnera jakoś nie płynęła,
tańce i choreografia spazmatyczne i wtórne,
a ich akcenty obsadowe  – mocno przereklamowane...
Najmniej problemów miałam z akceptacją solistów,
choć „chemii” scenicznej nie czułam :(
 
Dlatego też dziwię się sobie,
że niemal bez zastrzeżeń (ach, ta umowność teatru...)
wciągnęła mnie wielka, epicka opowieść o „Wojnie i pokoju”
przywieziona wprost z Sankt Petersburga.
Muzyka – S. Prokofiew, dyrygent carowono-legendarny – Walery Gergiew,
a reżyseria – Andriej Konczałowski.
Plastycznie, XIX-wiecznie, minimalistycznie scenograficznie i choreograficznie,
pomijając widowiskowość tych 450 statystów, którzy w przemarszu chorągwi,
w tłumie chłopów i ludności moskiewskiej...
 
Mnie to wzruszało, choć ta narodowa opowieść mocno w kontrze dla
polskiego mitu Napoleona. I ten niewygasły duch, który z siłą równą
cerkiewnemu oddaniu, nie daje zwątpić w „ukochaną Moskwę”,
świętą ojczyznę.
„Obroniliśmy krwią Rosję swoją.
Obroniliśmy Nasz potężny kraj”.
16:10, alleksandra.r
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 marca 2012
Sandor Marai - poeta podróży
Nie spodziewałam się takiej podróży! 
Przez Europę (Paryż, Wenecja, Londyn, Eger, Berlin, Nicea), ale też przez Morze
Śródziemne
w kierunku Bliskiego Wschodu (Kair, Bejrut, Jerycho).
Nie spodziewałam się takiej podróży, doprawdy!

Zaledwie przez chwilę nie byłam pewna, czy to nie naiwność spojrzenia,
zbytnia powierzchowność połączona z nadmierną ekscytacją korespondenta,
który ma dopiero dwadzieścia kilka lat. Ale nie. To raczej krystaliczność widzenia
i fenomenalna zdolność (niekiedy lirycznego) syntezowania.
Tak jak w rozpoznaniu istoty swego zawodu, zdefiniowanym dekadę później. Bowiem
zadaniem korespondentów „jest spostrzec w Paryżu i na świecie to, czego nie dostrzegają
lub nie uznają za ważne agencje telegraficzne, uchwycić sens i znaczenie wszystkiego
co śmiertelne i przemijalne, a następnie ująć to w słowa o nieprzemijającej wartości”. (s. 12)

Jak bardzo nie przeminęły mimo oddalenia o 80 – 90 lat!
To swoiste za-humanizowanie tego co zwyczajne, drobne, niemal obojętne dla
podróżników.
To wszechstronne oglądanie świata (dwudziestolecia międzywojennego)
z jego pięknem
i już wyczuwalnymi pęknięciami. To zadziwiająca intuicja, wrażliwości
na słowo i sensualność
obrazu...

Sandor Márai stał się dla mnie Poetą.
„Tu, pod leniwym, mocno lazurowym niebem, zaczyna się łagodna, wieczna wiosna
świata” (s. 48)
„A oni [marynarze] nocą patrzą na gwiazdy, które znają osobiście i po imieniu. O ile to
piękniejsze, niż znać po imieniu pisarzy i wydawców” (s. 81)
I jeszcze most Świętej Trójcy jak kadencja utworu Bacha („coś takiego przydarza się
ludzkości tylko raz w dziejach, taki most, czy taki utwór” s. 121).

A kiedy do głosu dojdzie Egzystencjalista, zapyta w 1933 r. we Florencji nad Pietą
Michała Anioła: „Co robić, kiedy człowiek wewnętrznie nie ma już nic wspólnego
z epoką w której żyje?” (s.117). I będzie dalej patrzył, pytał, przeczuwał...
Aż do przejmującego „Letniego wieczoru” z czerwca 1941 roku, gdy pośród poszukiwania
sensu i pytań o grzech czy rezygnację, napisze swój hymn o końcu świata: „Czy możliwe,
że już nigdy tego wszystkiego nie zobaczysz? Możliwe. Ale nie chcę, szczególnie latem,
w czerwcu, w to wierzyć. (…) Obecne lato jest tak gęste jak przeznaczenie.
Gęste i głębokie, sens życia i śmierci wydaje się pełniejszy tego lata niż kiedykolwiek
dotąd. Róże w każdym razie zakwitły i teraz. (s. 196-197)

PS. Powtórzę za wszystkimi recenzentami, że szkicem obowiązkowym
(przejmującym i niemal profetycznym) jest „Mesjasz w Pałacu Sportu” –
napisana w styczniu 1933 r. korespondencja z berlińskiego wystąpienia Hitlera.


Źródło cytatów: S. Márai „W podróży”, tłumaczenie T.Worowska, Zeszyty Literackie 2011
14:44, alleksandra.r
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 lutego 2012
o względnym poranku
Obudził mnie bardzo żądający dzwonek mego osobistego telefonu. 
Zbierając półsenne myśli najpierw usłyszałam wielość rozmów w tle,
a potem rzeczowy głos:
- Nazywam się.... dzwonię z ośrodka badania opinii...
 – przy słowie „ankieta” – przerwałam prosząco:
- Proszę Pani, jest sobota, dziewiąta jeden...
- Rozumiem, rozumiem – powiedziała pani szeptem i rozłączyła się...


11:49, alleksandra.r
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 lutego 2012
Może... Nosferatu?
Może powinnam trzymać się tego, że nie jestem fanką wampirycznych tematów, 
niewiele wiem ponad oczywistości zamknięte między zachodem a wschodem słońca.
Nie często też daję się zaprowadzić na sztuki tradycyjne, bo dramaty mogą okazać się
zbyt traumatyczne (jak najmocniejsze, choć już archiwalne wspomnienie 4.48 Psychosis),
a komedie – zbyt trywialne (przykłady wymazane z pamięci).

Niedzielna popołudniówka (pierwszy spektakl grany o 16.oo) zapełniła jedynie w połowie parter,
o wyżynach widowni należy zmilczeć. I to wszystko w dostojnych wnętrzach Narodowego
nad Narodowym – Teatru. Koprodukcja z TR to przede wszystkim znak reżyserski –
G. Jarzyny
i temat atrakcyjny (?) dla kultury masowej.

Naczytałam się recenzji, nasłuchałam i wierzyłam (do końca, do tego biednego kłębka),
że coś się odczaruje, że będzie lepiej... Nawet tak wychwalane efekty jak dymy i światła

(oraz – raz! – laserowa wizualizacja) nie przyniosły estetycznego podziwu;
nawet te wszystkie
stylizacje na Velazqueza czy Hoopera (wybieram wrażenie
z końcowego spotkania Abrahama
z Nosferatu) nad-dając klimat nie otwierały wyobraźni;
nawet jednej kwestii, która by została
w pamięci (a przecież tak się pięknie zaczęło od...
neutrin).


Być może zwyczajnie jestem oporna na taką intelektualną transgresję,
nie odczytuję wielkiej metafory życia, śmierci i tego stanu pomiędzy...
nie wiem... nie pamiętam...

Za to wielki ukłon dla aktorskiego mistrzostwa! Najwyraźniejsze (może nawet wyraźniejsze
od samego Nosferatu) były role Lucy – eteryczna Sandra Korzeniak (ach, szkoda Jej, szkoda,
dla tej okropnej sceny w prosektorium) i Miny – Katarzyna Warnke (czyżby więcej charyzmy
od wampirycznego Wolfganga Michaela?).


Im dłużej o „Nosferatu” myślę, tym bardziej mam wrażenie oniryczności,
wizji pomiędzy jawą a snem, zdarzenia nie...teatralnego,
usypiającego ciszą i powolnym rytmem,
drażniącego i drążącego nieświadomie podświadomość.
Czy to się naprawdę rozegrało?
Więc może w tym tkwi (nad)sens tego spektaklu?

 „Przypuszczam, że istotnie zasnąłem; mam przynajmniej taką nadzieję,
ale boję się, że jednak było inaczej, gdyż to co nastąpiło potem,
było tak rzeczywiste, tak zastraszająco naturalne, że teraz,
w pełnym, wesołym świetle poranka, nie mogę uwierzyć,
iż to wszystko tylko mi się przyśniło.” (B.Stoker „Drakula”)
12:18, alleksandra.r
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 lutego 2012
w obliczu śmierci cd.
Ta wiadomość dotkliwa... 
choć byłam i jestem tylko czytelniczką (nie pacjentką).

Książka otworzyła się „przypadkiem” na rozdziale „Exitus”
i tam pomiędzy słowami Z. Herberta i E. Dickinson:

Skaczący wykres gorączki urywa się. Zamiera zapis tętna i ciśnienia.
Płaska horyzontalna linia EKG. „Jak struna po koncercie”.
W poprzek karty gorączkowej, jednym ruchem pióra, skreślone słowo: exitus.
Godzina. Podpis. Pieczątka lekarza.
 A wcześniej?

Widziałam – jak Oko w Agonii
Omiata spojrzeniem Pokój –
Jakby szukając Czegoś -
Potem zabrakło w nim Wzroku –
Potem – zaćmiła je Mgła –
Potem – Powieki się zwarły –
Nie ujawniając – czym było –
To – w czym szukał zbawienia Zmarły.

Czy to wtedy, w tej ostatniej chwili, nawiedza nas osobliwa
jasność widzenia? Jakieś dopowiedzenie tajemnicy w momencie
olśnienia? Czy odsłania się – zakryte dotąd – oblicze świata? I można
go wchłonąć, pojąć i wreszcie nazwać? *



* A. Szczeklik „Katharsis”, wyd. Znak, 2009, s. 103







13:06, alleksandra.r
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 lutego 2012
w tonacji biało-czarnej
I Mozart i Greta Garbo, 
i te papierosy od 70 lat...
pamiętam zatłoczoną salę przed zajęciami z poetyki,
gdy powiedziano nam, że Nobel dla Niej...
wtedy większe wrażenie czyniło to na wykładowcach
niż na nas... tak mi się wydaje...
pamiętam też to wyczekiwanie na ponoblowskie wiersze
i coś na kształt rozczarowania... ale może zawsze
tak by było...

wśród coraz mniejszej ilości tomików i tomów z Poezją
już od dawna nie ma(m) W. Szymborskiej...
10:26, alleksandra.r
Link Komentarze (2) »
piątek, 27 stycznia 2012
wrażenia / archiwalia
* 
Trzy tomy, ok. 1300 stronic, 8 powieściowych miesięcy
i 12 w czasie wydawniczym.
Czytelnicy (mimo ekspresowego przekładu)
zostali wystawieni na różne próby:
cierpliwości i pamięci,
niedokładności korektorsko-redaktorskich
i śmiem twierdzić, że w finale – niezakończonej podróży przez równoległe światy.

Z roku 1984
niezauważanie trafiamy do tytułowej rzeczywistości 1Q84, zwanej także „miastem kotów”
z dwoma księżycami...
Sugestywność i tajemniczość, filmowość,
niepokój przesycony zagadkowością rodem z SF.
Zbyt lubię twórczość H. Murakamiego, by widzieć tu niedoskonałości,
ale zbyt wiele pytań i drobnych wątków, zostało zawieszonych.
Trudno uwierzyć, by były to „przeoczenia” rozbudowanej fabuły.
Przeczuwam przemyślny zabieg, by spotkać się w kolejnym świecie
z papierowym księżycem.

**
Czytając recenzje rozumiałam, że narodowej operze nad operami
przytrafiła się nietrafiona interpretacja.
Ale głosy coraz bardziej się dzieliły, różniły i kontrastowały opiniami.
Jednocześnie zgodnie przytakiwały
nad szczegółami trudnymi (wręcz niemożliwymi) do logicznej akceptacji:
od białych kafelków, przez białe niedźwiedzie i rolkarzy w tańcach góralskich,
do barokowo-przerysowanego anioła śmierci.
Mam nadzieję, że te wszystkie drobne kontrowersje nade wszystko wzmocnią żywot „Halki”
w reżyserii Natalii Korczakowskiej.
O linii interpretacyjnej mówi w wywiadzie dla GW.

Szkoda, że w tym sezonie teatralnym pojawiała się tylko 7 razy (premiera w grudniu 2011 r.).
Elementy „satyryczne”, odbijające naszą współczesność, perfekcyjnie wyznaczały dystans...
Urzekło mnie połączenie białych, kafelkowych ścian z kolorowym,
sarmackim „żywym obrazem”
(jak arras, a może ekran „telewizora” na całą ścianę salonu).
W dekonstrukcji kościoła – dopatrywałabym się trochę witkacowskiego ducha.
A te wszystkie nielogiczne elementy czyż nie są efektem „kulturo-żerczości” XXI wieku?

Niezaprzeczalną gwiazdą tego spotkania jest znakomita Wioletta Chodowicz – jako Halka.
Obaj panowie nieco przyblakli na jej tle,
choć i tak Jontek – Rafał Bartmiński, zdawał się bardziej obecny od Artura Rucińskiego.
I bardzo się cieszę, że trafiłam na wieczór „pod batutą” Łukasza Borowicza :)

***
W moim małym świecie jednak zima.
Po paraliżu pobliskich ulic, węzłów komunikacyjnych, wiaduktów zlodowaciałych
– pozostały wspomnienia horroru korków i biały krajobraz.
Tamtego popołudnia szok był duży – bo zaledwie kilkaset metrów dalej:
czarne ulice i zero śniegu.


21:36, alleksandra.r
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 stycznia 2012
nawet łagodną zimą...
Najwięcej jest sikorek - gromadka potrafi liczyć ok. 20 ptaszydeł;
wróblowatych pojawia się mniej, ale też zaglądają.
Dziś tłok był umiarkowany :)

 




13:04, alleksandra.r
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 75