Tym razem drugiego dnia z ucieczką, gdy zaczynało być tłoczno i już bardzo duszno…
Z planowanych zakupów przede wszystkim WIERSZE i PROZA 1954-2004 Thomasa Tranströmera (w przywoływanym tu wierszu delikatne zmiany dokonane przez tłumacza L. Neugera – wolę wcześniejszą „czasoprzestrzeń” od „odstępu czasu”). Wiem, że długo będę do tej poezji wracać, ma dla mnie wszystkie odcienie świata i ciszę… medytacji.
Z żalem patrzę na inne tytuły, bo wiem, że muszą poczekać na czas.
A w opowieści o "Wypalaniu traw" W. Jagielskiego niepozorna kartka w kratkę…
Suknia miłości mojej drugiej strony tak mniej więcej brzmiał wers, na który zwróciłam uwagę, bo wreszcie był bardziej poetycki i mniej bolesny… Nawet gdy losy eurypidesowej Medei i Jazona są znane, trudno w tym tragicznym monologu zrozumieć wszystko. Bo TO NIE JEST MEDEA TO SĄ MATERIAŁY DO MEDEI
Cały spektakl sprawia wrażenie happeningu, zdarzenia, które właśnie się tworzy i może w każdej chwili zostać przerwane.
Obecność reżyserki na scenie, postaci granicznej, (piszącej farbą „komentarze”, stającej za kamerą, ustawiającej figurki-symbole) chwilami wydaje się demiurgiczno-kantorowska. Ale to teatr wielopłaszczyznowy, który nawet w treści łączy różne przekazy: od mitu do współczesnej kondycji kobiety, od tragedii jednostki do bratobójczych wojen etnicznych.
W tej operowej inscenizacji muzyka staje się tłem, a głos Medei (Heather Buck) niemal równoważy się z dzianiem scenicznym.
Barbarze Wysockiej znów udało się udramatyzować materię opery. Proste zabiegi, takie jak głos z offu, projekcje zdjęć, bezpośrednie użycie kamery nie są naddatkiem technicznym tylko „naturalnym” procesem.
To są aktorzy, to jest świat kreacji… Ubóstwo rekwizytów wzmacnia odczucia…
W tej zadymionej, szarej przestrzeni, gdzie nie ma ruin, trupów, bomb, zagłady, zarazem jest wszystko – są emocje.
tak jakoś niepiśmiennie, a tu już jabłoń śnieży białymi płatkami, tulipany przekwitły, szafirki wychudłe od słońca, niezapominajki – coraz większy błękit i bez w bez-czasie majowym…
Podobno dzisiejszy gość 3. Festiwalu Nowej Muzyki Żydowskiej to najjaśniejsza gwiazda tej edycji (The Sway Machinery), ale niestety nie skonfrontuję :)
Wczorajsza zaś muzyka żydów z Jemenu (polsko-światowa premiera płyty) w całości nieprzekonująca. Brakowało mi emocjonalnego pogłosu orientu, harmonijności w rozmowie, klarowności potrzebnej mniej zorientowanemu słuchaczowi. Każdy z muzyków jest znakomitym Artystą. Razem byli dla mnie… krzykiem indywidualności. Dlatego poszłam za Michaelem Zerangem i jego mistrzostwem różnorodnych instrumentów „perkusyjnych”.
W podwójność koncertów wpisany jest kontrast. Także żywiołów. „Kabbalach” uskrzydlił publiczność :) Wizerunkowo, wirtuozersko, wokalnie i wariacko WSPANIALI !!! www.kabbalah-music.net
Na Chłodnej jeszcze nie noc. Bruk pod kołami samochodów jak po deszczu. Dwa „yorki” (biały i czarny) w oczekiwaniu pod sklepem poszczekiwały...
Ktoś kontemplował ławkę w samotności.
Świecił nieistniejący most...
Na Chłodnej już noc i widok z daleka jest piękny.
W dusznej sali drobna migracja osób. Jego „Wiliego” miało przecież nie być. A jednak to ona, Anka – współbohaterka kilku obrazów olejnych i scen z życia codziennego w Polsce – dźwigała ciężar rozmowy.
To ciągłe dlaczego... (?) ta troska o odbiór na prowincji, te zaczepki o festiwalowy dywan, itd.
Z poematu filmowego mogło niewiele zostać A L E są Prawdy, Ludzie i Sztuka, która Ocalając ocala i Nas.
Nie spodziewałam się takiej podróży! Przez Europę (Paryż, Wenecja, Londyn, Eger, Berlin, Nicea), ale też przez Morze Śródziemne w kierunku Bliskiego Wschodu (Kair, Bejrut, Jerycho). Nie spodziewałam się takiej podróży, doprawdy!
Zaledwie przez chwilę nie byłam pewna, czy to nie naiwność spojrzenia, zbytnia powierzchowność połączona z nadmierną ekscytacją korespondenta, który ma dopiero dwadzieścia kilka lat. Ale nie. To raczej krystaliczność widzenia i fenomenalna zdolność (niekiedy lirycznego) syntezowania. Tak jak w rozpoznaniu istoty swego zawodu, zdefiniowanym dekadę później. Bowiem zadaniem korespondentów „jest spostrzec w Paryżu i na świecie to, czego nie dostrzegają lub nie uznają za ważne agencje telegraficzne, uchwycić sens i znaczenie wszystkiego co śmiertelne i przemijalne, a następnie ująć to w słowa o nieprzemijającej wartości”. (s. 12)
Jak bardzo nie przeminęły mimo oddalenia o 80 – 90 lat! To swoiste za-humanizowanie tego co zwyczajne, drobne, niemal obojętne dla podróżników. To wszechstronne oglądanie świata (dwudziestolecia międzywojennego) z jego pięknem i już wyczuwalnymi pęknięciami. To zadziwiająca intuicja, wrażliwości na słowo i sensualność obrazu...
Sandor Márai stał się dla mnie Poetą. „Tu, pod leniwym, mocno lazurowym niebem, zaczyna się łagodna, wieczna wiosna świata” (s. 48) „A oni [marynarze] nocą patrzą na gwiazdy, które znają osobiście i po imieniu. O ile to piękniejsze, niż znać po imieniu pisarzy i wydawców” (s. 81) I jeszcze most Świętej Trójcy jak kadencja utworu Bacha („coś takiego przydarza się ludzkości tylko raz w dziejach, taki most, czy taki utwór” s. 121).
A kiedy do głosu dojdzie Egzystencjalista, zapyta w 1933 r. we Florencji nad Pietą Michała Anioła: „Co robić, kiedy człowiek wewnętrznie nie ma już nic wspólnego z epoką w której żyje?” (s.117). I będzie dalej patrzył, pytał, przeczuwał... Aż do przejmującego „Letniego wieczoru” z czerwca 1941 roku, gdy pośród poszukiwania sensu i pytań o grzech czy rezygnację, napisze swój hymn o końcu świata: „Czy możliwe, że już nigdy tego wszystkiego nie zobaczysz? Możliwe. Ale nie chcę, szczególnie latem, w czerwcu, w to wierzyć. (…) Obecne lato jest tak gęste jak przeznaczenie. Gęste i głębokie, sens życia i śmierci wydaje się pełniejszy tego lata niż kiedykolwiek dotąd. Róże w każdym razie zakwitły i teraz. (s. 196-197)
PS. Powtórzę za wszystkimi recenzentami, że szkicem obowiązkowym (przejmującym i niemal profetycznym) jest „Mesjasz w Pałacu Sportu” – napisana w styczniu 1933 r. korespondencja z berlińskiego wystąpienia Hitlera.
Źródło cytatów: S. Márai „W podróży”, tłumaczenie T.Worowska, Zeszyty Literackie 2011
Obudził mnie bardzo żądający dzwonek mego osobistego telefonu. Zbierając półsenne myśli najpierw usłyszałam wielość rozmów w tle, a potem rzeczowy głos: - Nazywam się.... dzwonię z ośrodka badania opinii... – przy słowie „ankieta” – przerwałam prosząco: - Proszę Pani, jest sobota, dziewiąta jeden... - Rozumiem, rozumiem – powiedziała pani szeptem i rozłączyła się...
Może powinnam trzymać się tego, że nie jestem fanką wampirycznych tematów, niewiele wiem ponad oczywistości zamknięte między zachodem a wschodem słońca. Nie często też daję się zaprowadzić na sztuki tradycyjne, bo dramaty mogą okazać się zbyt traumatyczne (jak najmocniejsze, choć już archiwalne wspomnienie 4.48 Psychosis), a komedie – zbyt trywialne (przykłady wymazane z pamięci).
Niedzielna popołudniówka (pierwszy spektakl grany o 16.oo) zapełniła jedynie w połowie parter, o wyżynach widowni należy zmilczeć. I to wszystko w dostojnych wnętrzach Narodowego nad Narodowym – Teatru. Koprodukcja z TR to przede wszystkim znak reżyserski – G. Jarzyny i temat atrakcyjny (?) dla kultury masowej.
Naczytałam się recenzji, nasłuchałam i wierzyłam (do końca, do tego biednego kłębka), że coś się odczaruje, że będzie lepiej... Nawet tak wychwalane efekty jak dymy i światła (oraz – raz! – laserowa wizualizacja) nie przyniosły estetycznego podziwu; nawet te wszystkie stylizacje na Velazqueza czy Hoopera (wybieram wrażenie z końcowego spotkania Abrahama z Nosferatu) nad-dając klimat nie otwierały wyobraźni; nawet jednej kwestii, która by została w pamięci (a przecież tak się pięknie zaczęło od... neutrin).
Być może zwyczajnie jestem oporna na taką intelektualną transgresję, nie odczytuję wielkiej metafory życia, śmierci i tego stanu pomiędzy... nie wiem... nie pamiętam...
Za to wielki ukłon dla aktorskiego mistrzostwa! Najwyraźniejsze (może nawet wyraźniejsze od samego Nosferatu) były role Lucy – eteryczna Sandra Korzeniak (ach, szkoda Jej, szkoda, dla tej okropnej sceny w prosektorium) i Miny – Katarzyna Warnke (czyżby więcej charyzmy od wampirycznego Wolfganga Michaela?).
Im dłużej o „Nosferatu” myślę, tym bardziej mam wrażenie oniryczności, wizji pomiędzy jawą a snem, zdarzenia nie...teatralnego, usypiającego ciszą i powolnym rytmem, drażniącego i drążącego nieświadomie podświadomość. Czy to się naprawdę rozegrało? Więc może w tym tkwi (nad)sens tego spektaklu?
„Przypuszczam, że istotnie zasnąłem; mam przynajmniej taką nadzieję, ale boję się, że jednak było inaczej, gdyż to co nastąpiło potem, było tak rzeczywiste, tak zastraszająco naturalne, że teraz, w pełnym, wesołym świetle poranka, nie mogę uwierzyć, iż to wszystko tylko mi się przyśniło.” (B.Stoker „Drakula”)
Książka otworzyła się „przypadkiem” na rozdziale „Exitus” i tam pomiędzy słowami Z. Herberta i E. Dickinson:
Skaczący wykres gorączki urywa się. Zamiera zapis tętna i ciśnienia. Płaska horyzontalna linia EKG. „Jak struna po koncercie”. W poprzek karty gorączkowej, jednym ruchem pióra, skreślone słowo: exitus. Godzina. Podpis. Pieczątka lekarza. A wcześniej?
Widziałam – jak Oko w Agonii Omiata spojrzeniem Pokój – Jakby szukając Czegoś - Potem zabrakło w nim Wzroku – Potem – zaćmiła je Mgła – Potem – Powieki się zwarły – Nie ujawniając – czym było – To – w czym szukał zbawienia Zmarły.
Czy to wtedy, w tej ostatniej chwili, nawiedza nas osobliwa jasność widzenia? Jakieś dopowiedzenie tajemnicy w momencie olśnienia? Czy odsłania się – zakryte dotąd – oblicze świata? I można go wchłonąć, pojąć i wreszcie nazwać? *
* A. Szczeklik „Katharsis”, wyd. Znak, 2009, s. 103
I Mozart i Greta Garbo, i te papierosy od 70 lat... pamiętam zatłoczoną salę przed zajęciami z poetyki, gdy powiedziano nam, że Nobel dla Niej... wtedy większe wrażenie czyniło to na wykładowcach niż na nas... tak mi się wydaje... pamiętam też to wyczekiwanie na ponoblowskie wiersze i coś na kształt rozczarowania... ale może zawsze tak by było...
wśród coraz mniejszej ilości tomików i tomów z Poezją już od dawna nie ma(m) W. Szymborskiej...
* Trzy tomy, ok. 1300 stronic, 8 powieściowych miesięcy i 12 w czasie wydawniczym. Czytelnicy (mimo ekspresowego przekładu) zostali wystawieni na różne próby: cierpliwości i pamięci, niedokładności korektorsko-redaktorskich i śmiem twierdzić, że w finale – niezakończonej podróży przez równoległe światy.
Z roku 1984 niezauważanie trafiamy do tytułowej rzeczywistości 1Q84, zwanej także „miastem kotów” z dwoma księżycami... Sugestywność i tajemniczość, filmowość, niepokój przesycony zagadkowością rodem z SF. Zbyt lubię twórczość H. Murakamiego, by widzieć tu niedoskonałości, ale zbyt wiele pytań i drobnych wątków, zostało zawieszonych. Trudno uwierzyć, by były to „przeoczenia” rozbudowanej fabuły. Przeczuwam przemyślny zabieg, by spotkać się w kolejnym świecie z papierowym księżycem.
** Czytając recenzje rozumiałam, że narodowej operze nad operami przytrafiła się nietrafiona interpretacja. Ale głosy coraz bardziej się dzieliły, różniły i kontrastowały opiniami. Jednocześnie zgodnie przytakiwały nad szczegółami trudnymi (wręcz niemożliwymi) do logicznej akceptacji: od białych kafelków, przez białe niedźwiedzie i rolkarzy w tańcach góralskich, do barokowo-przerysowanego anioła śmierci. Mam nadzieję, że te wszystkie drobne kontrowersje nade wszystko wzmocnią żywot „Halki” w reżyserii Natalii Korczakowskiej. O linii interpretacyjnej mówi w wywiadzie dla GW.
Szkoda, że w tym sezonie teatralnym pojawiała się tylko 7 razy (premiera w grudniu 2011 r.). Elementy „satyryczne”, odbijające naszą współczesność, perfekcyjnie wyznaczały dystans... Urzekło mnie połączenie białych, kafelkowych ścian z kolorowym, sarmackim „żywym obrazem” (jak arras, a może ekran „telewizora” na całą ścianę salonu). W dekonstrukcji kościoła – dopatrywałabym się trochę witkacowskiego ducha. A te wszystkie nielogiczne elementy czyż nie są efektem „kulturo-żerczości” XXI wieku?
Niezaprzeczalną gwiazdą tego spotkania jest znakomita Wioletta Chodowicz – jako Halka. Obaj panowie nieco przyblakli na jej tle, choć i tak Jontek – Rafał Bartmiński, zdawał się bardziej obecny od Artura Rucińskiego. I bardzo się cieszę, że trafiłam na wieczór „pod batutą” Łukasza Borowicza :)
*** W moim małym świecie jednak zima. Po paraliżu pobliskich ulic, węzłów komunikacyjnych, wiaduktów zlodowaciałych – pozostały wspomnienia horroru korków i biały krajobraz. Tamtego popołudnia szok był duży – bo zaledwie kilkaset metrów dalej: czarne ulice i zero śniegu.