negatywy dnia, klisze słów, komentarze współczesności...
RSS
środa, 03 lutego 2010
na obrzeżach sztuki

I

Musicale, aby miały siłę wyrazu, muszą mieć

coś z broadway’owskiej aury –

szczególnie te iście amerykańskie...

„Wonderful town” został wepchnięty w Wielką Muzykę,

jednak zdecydowanie wolę klasykę Klasyki...

 

.

II

Kolejne spotkanie z malarstwem Jacka Malczewskiego

i znów nawet znane obrazy – zaskakiwały:

niezauważonym wcześniej detalem,

poczuciem, że wszelkie interpretacje i tak są niepełne.

Wystawa stworzona tylko ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie,

odkrywa twórcze imponderabilia.

Jej siła tkwi w próbie przejścia malarskim duktem

od rysunków 12-letniego chłopca (z 1866 r.),

po olejne szkice z ok.1926 r.

A poza tym, przy tej Sztuce, nie potrafię być krytyczna.

Mogę jedynie wyrazić zdziwienie nad warsztatami dla dzieci,

które w poszumie zatłoczonych sal wyróżniały się

szczególną infantylizacją:

„(…) Pan Jacek nie żyje już od 80 lat...”

albo przy obrazie pt. „Allegro”:

„A tu Pan Jacek namalował chimerę,

to skrzyżowanie lwa, smoka i osła” (?)

W takim razie, czy fioletowe skrzydła nie są urocze?

  

III

Dobrze napisany esej jest mistrzostwem.

A co w taki razie powiedzieć o genialnych esejach?

Jestem ciągle pod (za)dużym wrażeniem...

Eustachy Rylski, w swoim zawikłanym, dygresyjnym i (akapitami) ironicznym stylu

zmierzył się z opowieścią o pisarstwie.

Napisał Sobą o Innych. 

„Każdy z przedstawionych autorów był lub jest nadal ważnym dla mnie człowiekiem jak Malraux, ważnym człowiekiem i pisarzem jak Turgieniew i Camus, wyłącznie pisarzem albo poetą jak Iwaszkiewicz i Błok, wielkim idolem mojej młodości jak Hemingway lub – jak Capote – twórcą postaci, bez których moja młodość nie warta by była wspomnień, a starość uwagi. Pisarze, jak wszystko, przychodzą i odchodzą. Niektórych zatrzymujemy na chwilę, innych na całe życie.

Ale ponieważ całe życie jest chwilą, to czas trwania naszych literackich przyjaźni lub znajomości przestaje być ważny wobec powodów, dla których się zdarzyły”. (s.5) * 

A to już pozostaje do odkrycia „Po śniadaniu”, w książce skondensowanej, przenikliwej, błyskotliwej i uwodzącej.

„Nic o Rosji się nie wie, żeby ją zjechać wzdłuż i wszerz, jak nie sięgnie się po jej literaturę, bo Rosja jest cała w literaturze, a Szwajcaria, na przykład, nie. (…)

Bywają wspaniali pisarze, których mogłoby nie być, i tacy, których absencja nie jest możliwa.

Gdyby Czechow się nie urodził, to by go Rosjanie wymyślili, kto by tam wymyślał Turgieniewa.

Jest, to dobrze. Nie ma go – żyć też można. A jak żyć bez Gogola. (…)

Tak czy owak, gdzie Turgieniewowi do monumentalnego Tołstoja, psychopatycznego Dostojewskiego, na pół obłąkanego Gogola, który do tego obudził się w trumnie po swoim pogrzebie, Czechowa pochłoniętego w młodości przez gruźlicę i melancholię, zdyskredytowanego zażyłością ze Stalinem Aleksego Tołstoja, tragicznego Babla, na śmierć zapitego Wieniedikta Jerofiejewa, Maksymowa pędzonego jak nie pogardą, to nienawiścią do wszystkich i wszystkiego, zdegradowanego moralnie do dna Szołochowa". (s. 37-38)

I wreszcie taki literacki aksjomat:

"W życiu dusza bierze się od Boga, jeżeli kto w Niego wierzy,

w literaturze duszę konstytuuje wzruszenie". (s.126) 

* wszystkie cytaty pochodzą ze zbioru „Po śniadaniu” Eustachego Rylskiego, wyd. Świat Książki 2009.

18:39, alleksandra.r
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 stycznia 2010
ciągłości i nieciągłości

w bardzo podręcznym notesie rozumiem się najlepiej;

nie gubię, choć bywa, że przegrywam z optymistyczną wersją czasu;

używam skrótów, indywidualnych desygnatów wrażeń;

mimo początku roku i nieustępliwości zimy – wielość... 

ważne, ważniejsze i niby nie-ważne,

nie wybieram – łączę 

niespodziewanie kilka inspirujących godzin

w miejscu, które zawsze chciałam poznać bardziej i wyżej,

czyli takie spełnienie małego marzenia :-) 

pisząc – mniej piszę,

i wiem, że Jestem... 

11:08, alleksandra.r
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 stycznia 2010
...

...poszukuję słów

a brnę w śniegu... 

„Te białe myśli – nie pierwszy raz.

Chochoły. Wróble. Kominy dymią.

Można się wsłuchać w śnieżycy czas,

usnąć na cześć twą, zimo”.

     (Józef Czechowicz fragm. „Jeszcze jedna zima”, Zwierciadło 1939 nr 1-2)

22:45, alleksandra.r
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 stycznia 2010
Tlen

Kino emocjonalne, wyjątkowe doznanie estetyczne. Na 9. MFF Era Nowe Horyzonty – nagroda publiczności.

Reżyser Iwan Wyrypajew dąży do tego, aby jego sztuka, była w dialogu z widzem: Być artystą, to stawiać pytania. 

Ideałem byłoby, by film trafił od razu do serca. Jednak bariera językowa sprawia, że pozostajemy ubożsi o pełnię doznań. Trudno bowiem przeżyć, zobaczyć i zrozumieć wszystko – próbując nadążyć za napisami.  

„Tlen” jest dziełem wielowarstwowym i skomplikowanym. Jest kolejną próbą przełamania tradycyjnej formy filmu (ale nie koncentruje się tylko na warstwie wizualnej jak np.  Koyaanisqatsi” czy „Bodysong”). Jest szukaniem głębszego połączenia obrazu i myśli. Od naszej gotowości zależy dokąd damy się poprowadzić. 

Tak, TLEN jest niezbędny do ŻYCIA 

Dodatki:

1. Rozmowa m.in. z reżyserem o kinie jako przestrzeni dla intuicji („Gazeta na Horyzoncie” sierpień 2009)

2. Próba wprowadzenia w „Moskiewską euforię” („Gazeta na Horyzoncie” lipiec 2009)

3. Pierwsza z muzycznych miniatur,  mhhh... oddająca i nie-oddająca klimat „Tlenu” (źródło You Tube)

11:40, alleksandra.r
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 31 grudnia 2009
koniec i początek

Tym, którzy stracili Wiarę w Sens, by znaleźli powody, by znów zacząć wierzyć;

Tym, którzy, czują ciężkość Czasu, by mieli Siłę w Przyszłości;

Tym, dla których często bywa mniej niż więcej czy też więcej niż mniej, by poczuli Równowagę;

Tym, którzy nadziwić się nie mogą różnym postacią Głupoty, by trwali w Mądrości;

Tym, którzy Potrzebują, by znaleźli to co Źródłowe,

Tym, dla których Dziwny jest ten Świat, by odnaleźli w nim Siebie...

Tym, którzy... Wszystkim... i Sobie... 

a poza tym

Dobrego Roku

2 0 1 0

 

19:36, alleksandra.r
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 28 grudnia 2009
o Zmroku

 

"Właśnie o Zmroku dzieją się najciekawsze rzeczy, bo wtedy zacierają się

proste różnice”. * 

* Olga Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, str. 58

 

Najsilniej odnajduję w tej książce aurę z „Ostatnich historii”. Ale jest tu wszystko, co tak zadziwia i zachwyca w opowieściach Olgi Tokarczuk.

W uproszczonej kwalifikacji to (wyjątkowo) – kryminał.

W czytelniczym odczuciu – wielopoziomowa narracja z duchem Williama Blake’a, nie tylko w tytule.

A autorski komentarz w rozmowie z "Dużego Formatu".

23:08, alleksandra.r
Link Komentarze (2) »
niedziela, 27 grudnia 2009
* * *

Tegoroczne święta to pomieszanie

sacrum i profanum,

dominacja inności i Absurdów,

poplątanie radości i smutków... 

Dziwność. 

Poświąteczna niedziela

wydłużyła ten czas...

Dawno nie widziałam takich tłumów

na Krakowskim Przedmieściu,

kolejek do szopek,

ale też po wszystko co jarmarczne

i zdatne do jedzenia... 

A nad tym tumultem czuwała

wyjątkowo sztuczna choinka...

 

Wyciszenie i ascetyzm

(najpiękniejsze)

w kościele św. Marcina

 

a ta Szopka Aniołów Stróżów

z kościoła św. Anny

to koncept studentów ASP

 

.

.

 

22:18, alleksandra.r
Link Komentarze (3) »
czwartek, 24 grudnia 2009
Świątecznie

 

17:40, alleksandra.r
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 grudnia 2009
Po prostu Herta Müller

Brnęłam przez „Niziny”. Ascetyczne zdania wciągały w tryby opowieści. Czułam jak bardzo to twarda proza, a jednocześnie jak wiele w niej magii.

Nic nie było przypadkowe, choć czasami zdawało się surrealistyczne.

Każdy kolejny akapit – gęste miejsca od słów.  

Po każdej książce Herty Müller trzeba „uwolnić się”. Obrazy wwiercające się w duszę muszą złagodnieć. Dopiero gdy stracą swą intensywność, będą gotowe na nasycenie kolejnymi Sercątkami.

 

Nad tym wszystkim króluje Müller – eseistka. Tu jeszcze bardziej przenikają się światy: dzieciństwa, dyktatury, literackich fascynacji, lingwistycznych poszukiwań. Wystarczy szczegół, by zacząć opowieść o uczuciach, pamięci, języku.  

„To nie prawda, że na wszystko istnieją słowa. Nie prawda jest również, że zawsze myśli się w słowach. Do dziś o wielu rzeczach myślę poza słowami, nie znalazłam odpowiednich ani w języku niemieckim wsi, ani w niemieckim miasta, ani w rumuńskim, ani we wschodnim czy zachodnim niemieckim. I w żadnej książce. Obszary wewnętrzne nie pokrywają się z mową, wloką człowieka tam, gdzie nie mogą przebywać słowa” *.  

Pęknięcia rzeczywistości, traumy, strach, zwyczajność...

„Przedmioty były dla mnie zawsze ważne. Ich wygląd należy do obrazu ludzi, którzy je posiadali, w równym stopniu co sami ludzie. Zawsze składają się na to, kim był człowiek i jaki był. Są najbardziej zewnętrzną, oddaloną od skóry częścią osoby I jeśli żyją dłużej niż ich właściciele, przenikają  w nie nieobecni” *.

To wszystko odnajdziemy także w noblowskiej przemowie Herty Müller... Znakomity to „aneks” do jej pisarstwa.

 

- - -

Kulisy nagrody trochę odsłania artykuł Tomasza Walata „Kogel Nobel” z „Polityki” nr 50.

Jak było naprawdę dowiemy się za pół wieku, a na razie...
”Przekonującą wersję dostarczył krytyk literacki innego sztokholmskiego dziennika Svenska Dagbladet Kaj Schueler. W Banacie, rumuńskiej prowincji zamieszkałej m.in. przez mniejszość niemiecką, istniała przed laty literacka grupa Die Aktionsgruppe Banat. Członków ugrupowania odwiedził ówczesny korespondent gazety w Europie Wschodniej Richard Swartz, również świetny znawca spraw polskich. Była z nim jego ówczesna dziewczyna Susanne Widen. Para bardzo zaprzyjaźniła się z niemiecko-rumuńskimi literatami i zarekomendowała ich książki szwedzkim wydawnictwom. Wiele lat później, w 1998 r. Susanne Widen zostaje szefową sekretariatu Stałego Sekretarza Akademii szwedzkiej. Panuje wówczas moda na tzw. literaturę świadectwa (...). Susanne, która przez lata pamiętała o Hercie Müller, rekomenduje Akademii nie tylko ją, ale też Imre Kertesza (nagroda w 2002 r.). Książki obojga tych autorów wchodzą do kanonu lektur członków Akademii. Müller miała zaimponować akademickim czytelnikom swym świadectwem czasów, w jakich przyszło jej żyć. Rumuńska pisarka zamieszkała w Szwecji. W bardzo zręczny sposób potrafiła stworzyć wokół siebie legendę osoby szczególnie prześladowanej przze reżim Ceauçesku i to też robiło na akademikach duże wrażenie”.

  

* obywa cytaty pochodzą ze zbioru esejów H. Müller „Król kłania się i zabija”, Czarne, 2009

11:20, alleksandra.r
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 grudnia 2009
...

To jeden z takich tygodni, gdy w natłoku spraw,

gubi się czas... poniedziałek wydaje się środą,

środa niemal piątkiem.

Dużo jeździłam, kurierzy się spóźniali z dnia na dzień,

ale nie zawiodłam się na „usługach transportowych”

znalezionych w internecie.

Do tego jeszcze gość, który mimo że nie z Polski,

naszą literaturę zna znakomicie

– on i jego antologia życia – już przekroczyli granicę. 

Czasem absurdy się uwidoczniały:

jak wyłaniający się z ciemności samochód,

który na dachu wiózł dużą „światełkową” choinkę,

(tak podobną do stylu ulicznych ozdób,

że trudno było nie zapytać siebie, skąd ją zabrał :-) 

wśród rozkopanych ulic, powywracanych chodników,

przewężonych pasów ruchu, czyli w samym centrum

przebudowy dużego węzła komunikacyjnego

- samotna postać...

ksiądz próbujący przejść „skrótem” na drugą stronę 

na światłach chłopcy myjący szyby,

namolnie proszą:

- no ale da pani zarobić, zbieramy na wycieczkę szkolną!

- trudno, nie pojedziecie. Ja też nie byłam na wszystkich wycieczkach szkolnych...

Najpierw patrzyli w zdumieniu, a potem szczerze się uśmiali, ja też :-)

 

A w piątek III Festiwal „Teraz Gruzja”

czyli Skład Butelek w klimatycznej kontrze do okolicznych klubów

.

 

.

...

 A sobota niespodzianie zakończona Antraktem

.

.

 

.

 

21:18, alleksandra.r
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 grudnia 2009
Estetyczne katharsis

Twórczość Lecha Majewskiego kojarzyła mi się zawsze z pięknem i okrucieństwem. Fragmenty, które mogłam poznać, prowadziły od zachwytów np. powieść „Hipnotyzer” czy baśniowy film „Angelus”, do rewirów z trudniejszą identyfikacją, jak np. „Ogród rozkoszy ziemskich”, wideoarty z cyklu „Krew poety” czy  bardzo ceniona przez autora książka „Pielgrzymka do grobu Brigitte Bardot Cudownej”. Wreszcie pamiętna niemożność obejrzenia w całości „Wojaczka”.

Wśród tej różnorodności prac są jeszcze obrazy, tomiki poezji, sztuki teatralne i operowe. Zawsze też chciałam zobaczyć „Pokój saren” (wpisany do dwunastki najlepszych oper lat 90. XX wieku), a przegapione seanse w „Zachęcie”, przypominały o trudnościach w poznaniu tego dzieła. (A tu niespodzianka – wydane niedawno w komplecie trzech filmów na DVD... Lepiej późno niż wcale). 

Dziś wszystko to zdaje się jedynie przetarciem ścieżki do dzieła, którego premiera planowana jest w przyszłym roku. Obejrzany wczoraj „Lech Majewski. Świat według Bruegela” (szczegóły TU ***) to nie tylko dokument o niezwykłej machinie „stwarzania” filmowego obrazu. To raczej namiastka aury, atmosfery i totalności...

Kuszenie pięknem!

Kilka ujęć z planu filmowego i głosy ekipy wystarczyły, by poczuć, że „Młyn i krzyż” ma wymiar absolutny. Oczywiście dla twórczości Lecha Majewskiego zdaje się być naturalną konsekwencją wieloletniej fascynacji dawnym malarstwem i kolejnym etapem używania kamery do malowania obrazów. Ale już z tych fragmentów wyłoniła się nadzwyczajna panorama: oszałamiająca malarskością, hipnotyzująca. Podobnie jak muzyka. A niesamowite kadry młyna – mocno utkwiły w pamięci.

.

 

kadr z filmu "Młyn i krzyż"

 

Rutger Hauer powiedział, że udział w tym filmie jest jak „błogosławieństwo”. Zdradził też, że w jego dziecięcym pokoju wisiała reprodukcja właśnie „Drogi na Kalwarię”

Reżyser zaś, snując opowieść o różnych spotkaniach z Bruegelem, zakończył ją tak:

„Zawsze uważałem, że należy rozmawiać z umarłymi. Mają więcej do powiedzenia niż żywi”. 

Bruegel "Droga na Kalwarię" (1564 r.)

 

 

*** Na stronie autorskiej film nosi tytuł „Młyn i krzyż”, podobnie jak źródłowa książka „The Mill and the Cross: Peter Bruegel’s Way to Calvary”” M.F. Gibsona.

16:31, alleksandra.r
Link Komentarze (1) »
niedziela, 06 grudnia 2009
O awersie Rewersu

Korzystając z niedoborów snu, którejś nocy przeczytałam nowelę filmową Andrzeja Barta  „Rewers”, a przed kolejnym wieczorem obejrzałam film. (Niestety wybrałam MULTIkino, bo po drodze... 12 osób na sali, 30 minut reklam... Lekki zapach popcornu i narastające zniecierpliwienie... Tak utwierdziłam się w przekonaniu, że znowu minie kilka lat nim dobrowolnie przekroczę podobne progi).   

Borys Lankosz w rozmowie z Tadeuszem Sobolewskim mówi: „Starałem się robić film z jak największym szacunkiem wobec scenariusza, ale w pewnym momencie poczułem, że nie wszystko przenosi się na obraz tak, abym mógł być zadowolony”.

Książka jest znakomicie skrojoną opowieścią, z rozbudowanym wątkiem współczesnym (m.in. o postać gadatliwego taksówkarza), ze scenami i szczegółami, które pomagają wyobraźni stworzyć światy Sabiny (oddzielone niemal półwieczem). Nie przeszkadzało więc, że już na początku filmu zabrakło rozmowy w sekretariacie o zrobionym dla pani redaktor sweterku, może trochę zdziwiło, że nie otworzyły się drzwi na klatce schodowej i sąsiadka nie zapytała starej pani Sabiny, kogo pamiętnej nocy ciągnęły po schodach... Najbardziej jednak czekałam na (niesfilmowaną) rozmowę w pracowni między Arkadiuszem, a jego kolegą, też malarzem. Epizod sugerujący ideologiczne zaprzedanie duszy brata Sabiny i wskazujący na artystyczną niezłomność - gościa. Coś, jak paralelela do spotkania Sabiny z poetą Marcelem Wodzickim.

Zabawa w tropienie szczegółów wciągnęła – a to dyrektor głaszcze Sabinę po dłoni, a nie policzku, a to Bronisław przynosi tylko czerwone goździki zamiast biało-czerwonych itd.

Z pewnością lektura odjęła owo podstawowe pytanie widza – „co będzie dalej”, pozwoliła za to na nieco „chłodniejsze” docenienie niektórych zabiegów.  

Absolutnym zaskoczeniem był Adam Woronowicz jako księgowy pan Józef. Dla mnie przede wszystkim aktor teatralny i ten znakomity warsztat tu zabłysnął. Drugim silnym punktem była finałowa scena życia Bronisława, z zaznaczeniem, że Marcin Dorociński jako „ciemny” typ – klasa sama w sobie :-)

Babcia czyli Anna Polony i matka czyli Krystyna Janda – wyżyny nie-narzucającego się aktorstwa (co w przypadku drugiego nazwiska nie jest tak oczywiste). Największy problem mam z postacią Sabiny, bo na tym tle była groteskowa, przerysowana, sztuczna. A już największą krzywdę zrobiono jej (nieudolną) charakteryzacją – postarzałej pani Sabiny... 

Zachwyty nad „Rewersem” będą trwały. Powiało nadzieją na kolejne odrodzenie w polskim kinie. (A ileż już podobnych przełomów mamy za sobą!) Jednak jeśli ten film jest najlepszy z najlepszych, by reprezentować naszą kinematografię na ścieżce do Oscara... to tu dopiero przybliżamy się do gatunku „czarnej komedii”.

„Rewers” zapisuje się poprzez świetną pracę operatorską i doskonałą muzykę (dobre rzemiosło). Ma też swój „awers” – mniej jednoznaczny. Można więc wybierać pośród zbyt silnych nawiązań do różnych klasyków gatunku (np. filmy noir), hybrydyczności samego obrazu (w końcu zakwalifikowany jako czarna komedia), zbyt mocno podkreślanej otoczki czasów stalinowskich (choć w filmie najlepiej swą misję odegrała scenografia i kostiumy) albo nieuniknionych w polskim kinie – dłużyznach, itd.

Ale to, która strona przeważy, zależy od indywidualnego „poczucia humoru”.

12:51, alleksandra.r
Link Komentarze (4) »
niedziela, 29 listopada 2009
przed nocą z 29 na 30 listopada – 179 lat później

 

czasem pod stopami niebo

 25 lutego 1931 r. rozegrała się tu jedna z ważniejszych

strategicznie (i najkrwawszych) bitew powstania listopadowego

  

„Z założonymi na piersiach rękami

czekam, aż sen się stanie prawdą żywą,

a rzeczywistość zasunie się mgłami

...i widzę gwiazdę mą szczęśliwą... leci

jak meteoru błysk ogniowy –

upadła w otchłań... na dnach otchłani

jeszcze zwodniczym błyskiem gwiazdy świeci...”

(S. Wyspiański „Warszawianka” 

                          – słowa gen. Józefa Chłopickiego)   

Apele poległych są zawsze przejmującym

„wywoływaniem” duchów

 ..........................................................................

A za plecami zgromadzonych...

 Ale ogólnie, jednak, wyspiańsko

 

18:30, alleksandra.r
Link Komentarze (1) »
sobota, 28 listopada 2009
„Fotoplastikon” czyli kalejdoskop obrazów i ich domniemanych historii

To jest zaproszenie do zupełnie innej przygody z fotografią niż ta, którą proponowała Urszula Czartoryska nakazując sztuce weryfikację swej tożsamości. To też jest zupełnie inna przygoda z fotografią niż ta którą, przeżywamy na każdym kroku, tracąc umiar i produkując zdjęcia „w setkach, w tysiącach, w milionach egzemplarzy, sprzedając za grosze, na wyprzódki, byle komu, pozbywając się najpierw szklanych negatywów, a potem jakiejkolwiek kliszy, montując ją w telefonach komórkowych i rozdając bez umiaru gówniarzom w garniturkach od pierwszej komunii”*.

Tak – fotografia spowszedniała, stała się jak życie – szybka, przypadkowa i często byle jaka. Niby dokumentuje, niby jest pamiątką, ale często taką, o której równie szybko się zapomina, jak ją „wykonuje”.

A przecież fotografia, ta najczulsza, zrodziła się na styku piękna i światła. Organicznie światłoczuła. 

Poznając kolejne karty „Fotoplastikonu” Jacka Dehnela, co chwila powraca pytanie, dlaczego akurat te spośród tysięcy starych fotografii? Czy to z powodu rzeczy widzialnych, czy przeczuwania tego, co poza kadrem, poza czasem?

Już bliżej końca tej podróży autor trochę wyjaśnia swą metodologię, notując:

„Przede wszystkim: piękno.

(…) Piękno, a zatem coś, czego nie sposób opisać, co można tylko nieudolnie nazywać,

z czym trzeba się siłować i w końcu przegrać.

Potem sensy. (…)

Wreszcie szczegół (…)”.  

Być może właśnie dzięki poszukiwaniu straconego piękna narodził się ten bardzo subiektywny album. Ale też trudno nie zwrócić uwagi na postać Margot i na dedykację Małgorzacie Grąbczewskej, zajmującej się m.in. Archeologią pamięci, czyli studium nad nieistniejącą fotografią 

Nieistniejąca – istniejąca. „Fotoplastikon” to zbiór różnorodnych zdjęć: niekiedy dokładnie datowanych (od 1862 r. do 1965 r.), czasem identyfikowanych nazwą atelier; wzbogaconych odręcznym podpisem, okolicznościowym tekstem po drugiej stronie zdjęcia-pocztówki; wreszcie mogących mieć historię swego niebytu, czy też odtajnione źródło, z którego trafiły do prywatnego zbioru autora (Koło, Allegro, eBay, antykwariaty, sklepiki, targi staroci m.in. w Berlinie czy Brukseli, krakowskie graciarnie, czy karton ze zdjęciami po dziadku fotografie, przyniesiony z piwnicy na Ochocie). 

„Nie wiem o nich nic – znam tylko ten krótki moment w atelier, tymczasowy układ świateł i cieni na tymczasowym układzie tkanek i tkanin; mimo to mam wrażenie, że znam ich lepiej niż niektórych żywych i przestrzennych”. Złudne to... My, czytelnicy, stajemy się zakładnikami wyobraźni Jacka Dehnela – zależni od jego zdolności nazywania minionego świata, od spostrzegawczości i wytrwałości w tropieniu szczegółów i (co najważniejsze) od skojarzeń, tropów, wątków, metafor.

Zamiast stereoskopu Holmesa, dostajemy obraz i słowo, które trzeba „odczytywać” jednocześnie. Czekają więc na nas różnorodne domysły, wzajemnie wykluczające się hipotezy, dywagacje usiane wątpliwościami, stylizowane historie, poetyckie miniatury i filozoficzne szkice. „Ale nawet jeśli było jakoś tak, zostało z niego tak mało, że każdy szczegół jest na wagę złota i możemy sobie roić”...  

Lektura „Fotoplastikonu” przypomina oglądanie starych zbiorów fotografii, o których zdaje się, że nic nie wiemy... Tutaj jednak towarzyszy nam bardzo cierpliwy i doświadczony przewodnik, który niekiedy wyprzedzając nasze pytania i wahania, przypomni, że już dawno „ukradziono nam umysł wolny od skojarzeń”, więc nie wystarcza tkanie delikatnych nici między faktami łączącymi miejsca czy osoby. Niekiedy też „wyobraźnia chce, żeby bolało, żeby jakoś zabolało”. I to z pewnością w wielu miejscach tej książki się udało.  

 

(Nr 44 L / Fotografia gabinetowa, atelier E. Jellusicha, Abbazia, marzec 1897) 

 

 

* wszystkie cytaty pochodzą z najnowszej książki Jacka Dehnela „Fotoplastikon”, W.A.B., Warszawa 2009

14:18, alleksandra.r
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 listopada 2009
od teraz tylko mgła *











                                                  * fragment wiersza "Echo" Sławomira Elsnera
23:21, alleksandra.r
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 66